Nielegalny skok z najwyższego wówczas budynku na świecie w Kuala Lumpur i z dachu Hotelu Marriott w Warszawie. Próba oddana z pomnika Chrystusa Odkupiciela w Rio, a nade wszystko misja Stratos, czyli skok z blisko 39 kilometrów. Lista wyczynów Felixa Bumgartnera jest bardzo długa. 17 czerwca nakładem Wydawnictwa SQN ukaże się w Polsce autobiografia skoczka „Szturmując niebo”.

 

O książce:

„Czasami musisz wejść bardzo wysoko, żeby się przekonać, jak mały jesteś”.

 

Od zawsze uwielbiał wyzwania. Kiedy kupił pierwszy rower, nie mógł się zadowolić zwykłą przejażdżką – na swoim bmx-ie jeździł wyłącznie na tylnym kole. Jak wariat. Z czasem zaczął przed sobą stawiać coraz bardziej ryzykowne cele.

 

Nielegalny skok z najwyższego wówczas budynku na świecie w Kuala Lumpur. Próba oddana z pomnika Chrystusa Odkupiciela w Rio i kolejna przygoda, kiedy zdecydował się polecieć w głąb ciemnej jaskini Mamet w Chorwacji. Wszystko to było tylko preludium do największego z wyczynów: skoku z kosmosu, podczas którego przekroczył prędkość dźwięku i znalazł się na ustach całego świata. Felix Baumgartner – facet, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Czego doświadczył, pędząc na oślep z wysokości blisko 39 kilometrów? Jak przez pięć lat przygotowywał się do Misji Stratos? Co go napędzało?

 

Historia człowieka, który nie marnuje ani sekundy swojego życia. Potężna dawka adrenaliny. Pozycja obowiązkowa dla każdego amatora mocnych wrażeń.

 

Autor: Felix Baumgartner, Thomas Becker

felix-okladka-front-1000px

 

Tytuł oryginału: Himmelsstürmer: Mein Leben im freien Fall

 

Tłumaczenie: Renata Pol

 

Data wydania: 17 czerwca 2015

 

Cena okładkowa: 34,90 zł

 

Format: 140 x 205 mm

 

Liczba stron: 280 tekst (wyd. kolorowe)

 

ISBN: 978-83-7924-341-9

 

Fragment książki:

Skoki BASE odsunęły na drugi plan wszystko, co wcześniej dane mi było przeżyć. Tych 500 marek, które wydałem na szkolenie u Tracy’ego, było najlepiej zainwestowanymi pieniędzmi w mojej karierze – nawet, jeśli była to wówczas dla mnie spora suma. Choćby dla tej lekcji: jeżeli odrobiłeś pracę domową, przychodzisz dobrze przygotowany, to czujesz się pewnie. Warto było składać w nieskończoność spadochron, by mieć to przekonanie. Kiedy po raz pierwszy byliśmy na Bridge Day, Tracy kazał mi jako zupełnemu nowicjuszowi przy wszystkich zawodowcach BASE złożyć spadochron. Ale ja się nie przejąłem i pomyślałem sobie: „Jeszcze wam pokażę, jak się pakuje sprzęt”. To potwierdzenie własnych możliwości! Wtedy zrozumiałem. Normalnie powiedziałbym do Tracy’ego: „Słuchaj, nie mógłbym składać gdzie indziej? Przecież tu się wszyscy gapią!”. Ale nie, zamiast tego powiedziałem sobie: „To, że inni skakali już nie raz, nie oznacza jeszcze, że potrafią dobrze złożyć spadochron”. Chciałem zapamiętać to uczucie – być pewnym siebie i powiedzieć: „Chłopaki, możecie sobie popatrzeć – żaden problem”.

 

Nie odstraszyły mnie nawet te straszne filmy wideo, które Tracy pokazał mi od razu przy pierwszym spotkaniu. 90 procent skoczków BASE, których mi pokazał, straciło życie podczas któregoś ze skoków. Szczególnie dobrze pamiętam jedno nagranie: pewien facet skacze z Hiltona w Londynie, jego spadochron się obraca – nazywamy to „180-ką”, katastrofą w skokach BASE. Jest wielkie „bum” – uderzasz w obiekt, z którego skaczesz, zamiast się od niego oddalić, bo spadochron obraca się tak szybko, że nie jesteś w stanie nad nim zapanować. Ten biedak trzasnął wielokrotnie o budynek – odbijał się od balkonu do balkonu. Był już nieprzytomny, kiedy uderzał ponownie. Gdy dotarł do ziemi – już nie żył. To była ciemna strona prawdy o skokach. Stało się dla mnie jasne, że muszę piekielnie uważać i zawsze wszystkiego pilnować, żeby coś takiego mi się nigdy nie przytrafiło.

 

Niki Lauda opowiadał mi kiedyś o czasach, gdy startował w wyścigach Formuły 1. Zdarzało się wtedy jeszcze, że jako kierowca zatrzymywał swój pojazd na torze, by pomóc komuś, kto miał wypadek. Raz pewnego zawodnika wyrzuciło na barierki i Niki zauważył, że jedna z nich przeszyła kierowcę na wylot. Natychmiast stało się jasne, że za późno już na wszelką pomoc. Każdy, kto wówczas miał wypadek w Formule 1, ginął na miejscu lub tracił przynajmniej nogi. Nie było jeszcze bezpiecznych kokpitów. Dla Laudy istniały tylko dwa wyjścia: „Albo z miejsca z tym kończę, albo będę zawsze starał się za wszelką cenę utrzymać auto na torze. W przeciwnym razie skończę tak, jak ten typ z barierką”. Był to obraz, który Niki zawsze miał w pamięci. W moim przypadku były to filmy wideo Tracy’ego. Obejrzałem te wypadki i pomyślałem sobie: „Muszę tego uniknąć”.

 

Sądzę, że słynni sportowcy mają wiele wspólnego. Na przykład największy rywal Laudy – James Hunt – zawsze pakował walizkę, zanim wyszedł na zawody. Też tak zrobiłem parę razy przed kilkoma z moich skoków. Spakowałem cały swój bagaż, odwróciłem się na moment w drzwiach pokoju i pomyślałem sobie: „Mam nadzieję, że wrócę tu za kilka godzin. A jeśli nie, to lepiej, że sam pozbierałem rzeczy do walizki. Nie chciałbym tej roboty zrzucać na kogoś z przyjaciół, gdyby mnie zabrakło”.

 

Dotychczas tylko raz byłem śmiertelnie przerażony – na statui Jezusa w Rio. Pierwszy skok ze skalnej półki też był stresujący – towarzyszyły mu te wszystkie dzikie odgłosy, jakie słychać, gdy lecisz wzdłuż ściany z szybkością 180 kilometrów na godzinę.

 

Dla mnie to było bardzo cenne doświadczenie. Człowiek nie ma pojęcia, jak bardzo zależy mu na życiu, jeśli nigdy nie był blisko jego utraty. Nawet ktoś, kto jest ciężko chory i chce umrzeć, zauważa jak bardzo mu jeszcze zależy, jeszcze nie chce odejść, jeszcze chciałby zobaczyć rodziców i przyjaciółkę, zobaczyć jak dorastają dzieci, radować się słonecznym dniem… Straciłem wielu przyjaciół przez skoki BASE. Samych dobrych skoczków.

 

Kiedy skaczę, wystawiam się na niebezpieczeństwo, ale umiem je oszacować, bo jestem przygotowany, wytrenowany i znam się na rzeczy. Gdyby tak nie było – jedną nogą byłbym już w grobie…

 

felix-okladka-skrzydelka