W wieku sześciu lat został porwany przez rebeliantów. Uciekł z ich obozu, trafiając do kolejnego – dla uchodźców. Spędził w nim dziesięć lat, ale w końcu los się do niego uśmiechnął.

 

Został zaadoptowany przez amerykańską rodzinę i spełnił największe marzenie – wystartował w igrzyskach olimpijskich. 17 czerwca nakładem Wydawnictwa SQN ukaże się książka Lopeza Lomonga „Bieg po życie. Z piekła Sudanu na olimpijskie areny”, czyli poruszająca historia uchodźcy z Sudanu Południowego.

 

 

O książce:

 

Miał zaledwie sześć lat, kiedy został porwany. Sudańscy rebelianci wydarli go z rąk matki i osadzili w przepełnionej chacie bez okien. Był za mały, by szkolić go na żołnierza. Każdego dnia patrzył więc, jak w odorze fekaliów jeden po drugim umierają jego przyjaciele…

 

Wybawieniem okazało się trzech „aniołów stróżów”, starszych kolegów, którzy zorganizowali ucieczkę. Przez trzy dni i trzy noce bez chwili wytchnienia biegł z nimi przez sawannę. Tylko po to, by trafić do obozu dla uchodźców w Kenii.

 

Kakuma stała się jego domem na długie lata, zanim dzięki adopcji trafił do Stanów Zjednoczonych. W nowej rzeczywistości bieganie było jedyną znaną mu rzeczą. To ono pozwoliło mu spełnić marzenie i wystartować w igrzyskach olimpijskich.

 

Poznajcie niesamowitą historię Lopeza Lomonga. Lopepe. Szybkiego. Opowieść o ucieczce z rąk śmierci, niezłomnej wierze, pracowitości i pragnieniu zadośćuczynienia za to, co dał mu los. A także o tym, że warto walczyć o swoje marzenia. Nawet w sytuacji pozornie beznadziejnej.

 

Fragment książki:

 

Kakuma rozrastała się. Każdego dnia słyszeliśmy, jak przy bramie parkują wojskowe ciężarówki, dowożące kolejnych uchodźców. Już wtedy, kiedy ja przyjechałem do Kenii, pod względem liczebności chłopcy przewyższali dorosłych i rodziny. Nadszedł dzień, w którym chłopcy tłoczyli się na boisku, sprawiając, że gra była niemożliwa. Starsi wpadli na pomysł, jak rozwiązać ten problem. Zanim którykolwiek z nas postawił nogę na boisku, najpierw musiał przebiec jedno okrążenie wokół obozu. Im szybciej skończyłeś okrążenie, tym wcześniej mogłeś zacząć grać. Kakuma nie była ogrodzona płotem, ale jej granica była wyraźnie określona. Jedno okrążenie wokół zewnętrznej strony wszystkich namiotów z wszystkich sekcji z wszystkich plemion i narodowości wynosiło trzydzieści kilometrów, czyli osiemnaście mil. Biegaliśmy na tej gorącej kenijskiej pustyni bez butów i bez możliwości napicia się wody.

 

Podczas gdy dla wielu ludzi mogłoby to wyglądać jak tortury, mnie przebiegnięcie tych trzydziestu kilometrów pozwalało uciec od codzienności życia w obozie. Kiedy biegłem, nie myślałem o moim pustym brzuchu ani o tym, jak wylądowałem w tym miejscu. Nad niewieloma rzeczami w moim życiu miałem kontrolę. Pracownicy ONZ-tu decydowali o dostawie żywności, o tym, kiedy z kranów płynęła woda, nawet o tym, kiedy mogliśmy się dożywić ich śmieciami. A kiedy biegłem, byłem jedyną osobą, która miała kontrolę nad moim życiem. Biegłem dla siebie. Nie miałem butów, lecz bieganie boso łączyło mnie z ziemią. Jakby ścieżka pod moimi stopami i moje ciało stawały się jednym.

 

Bieganie stało się moją terapią, a biegałem coraz szybciej, bo uwielbiałem piłkę nożną. Im szybciej skończyłem okrążenie, tym dłużej mogłem pograć. Nie robiłem przerwy na napicie się wody – nie chciałem tracić czasu, skoro mogłem już grać w piłkę. Wielbłądy piją raz na wiele tygodni, więc ja też mogłem. Byłem piłkarskim wielbłądem.

 

Kiedy nie biegałem dookoła obozu ani nie grałem w piłkę, chodziłem do szkoły. Każdego dnia od ósmej do południa uczęszczałem na zajęcia sponsorowane przez ONZ. Nie mieliśmy klasy. Spotykaliśmy się w ogromnym płóciennym namiocie, który chronił nas przed słońcem. Szkoła nie zapewniała podręczników. Przez większość lekcji śpiewaliśmy. Kilku szczęśliwców miało książki, które zabrało ze sobą do obozu, ale było ich bardzo mało. Ja nie miałem książek, za to nocami siadywałem pod gwiazdami i przypominałem sobie opowieści, które snuła mama, kiedy byłem małym chłopcem. Wiedziałem, że ona jest gdzieś pod tym samym niebem co ja, i ta myśl w jakiś sposób mnie z nią łączyła. Nie mieliśmy również papieru ani ołówków. Kilku chłopców mogło się nimi pochwalić – ale tylko ci, którzy byli sponsorowani przez kogoś po drugiej stronie kuli ziemskiej. Ja nie miałem tyle szczęścia. Patrzyłem na tych, którzy pisali prawdziwym piórem i myślałem: „Gdybym tylko mógł być na tyle bogaty, aby mieć własne pióro w kieszeni. Pewnego dnia tak się stanie”. Tymczasem robiłem notatki, pisząc patykiem po ziemi. Nauczyciel chodził między nami i sprawdzał, jak pracujemy. Kiedy udzieliłem złej odpowiedzi albo kiedy niepoprawnie napisałem jakąś literę, uderzał mnie witką. „Dlaczego tak napisałeś tę literę?”, mówił. Uderzenia motywowały mnie do większego wysiłku. Nie chciałem być bity.

 

W niedzielę zamiast do szkoły chodziliśmy do kościoła. Był to mój ulubiony dzień tygodnia. W niedzielę wszystko było w porządku. Nie musiałem myśleć o jedzeniu ani o niczym innym. Całkowicie oddawałem się śpiewaniu pieśni wychwalających Boga. Wiedziałem, że On jest przy mnie. Nigdy, przenigdy nawet przez chwilę w to nie wątpiłem.

 

Zanim się zorientowałem, byłem jednym z najstarszych chłopców w obozie. Teraz to ja opiekowałem się młodszymi. Nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego tak jest, nigdy niczego w Kakumie nie kwestionowałem. Przyjąłem do wiadomości, że życie po prostu tak tam wygląda, że zawsze będzie tak wyglądać. Nigdy nie oczekiwałem niczego więcej…

 

 

Autor: Lopez Lomong, Mark Tabb
Tytuł oryginału: Running for my Life
Tłumaczenie: Regina Kołek
Data wydania: 17 czerwiec 2015
Cena okładkowa: 34,90 zł
Format: 140 x 205 mm
Liczba stron: 288 + 16 (wkładka zdjęciowa)
ISBN: 978-83-7924-401-0